O tak! Zdecydowanie!

I choć mówi się, że wyjątek potwierdza regułę, ja z pewnością tym wyjątkiem nie jestem.

CIĄŻA I

Pierwszą ciążę przeszłam zdecydowanie z największymi dolegliwościami. Faktycznie mój organizm trudno znosił odmienny stan. Mdłości i wymioty trwały około 3 miesięcy. Przytyłam zdecydowanie najwięcej bo prawie 16kg. Skóra na brzuchu swędziła najbardziej i nawet wcieranie olejków nie uchroniło jej przed rozstępami. Byłam blada i wyczerpana. Mój nos płatał mi figle do samego końca, pamiętam, że mdliło mnie gdy czułam zapach kawy czy czekolady, a zapach dymu papierosowego powalał mnie na łopatki. Mimo to udało mi się ukończyć drugi rok studiów, co uważam za mój osobisty sukces. Poza tym huśtawka nastrojów/burza hormonów czasami była nie do zniesienia. Sama siebie nie poznawałam, serio! Miałam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie i nigdy nie zrozumie, byłam nieźle sfrustrowana momentami. Poza tym cieszę się, że wszystko przebiegło ogólnie dobrze dla naszego pierwszego syna. Wyrósł silny i zdrowy prawie do 4kg.

Kilka słów o porodzie:

To był mój najdłuższy i najbardziej wyczerpujący poród.

Trwał bardzo długo, bo ponad 13 godzin. Jako jedyny ze wszystkich dotychczasowych rozpoczął się pęknięciem wód płodowych o 1 w nocy. Po przyjeździe do szpitala położono mnie na sali porodowej i tak w pozycji leżącej czekałam aż coś zacznie się dziać. Niestety nie działo się nic, ani skurczów ani rozwarcia, cisza. Tak przeleżeliśmy do rana. Z tego co pamiętam rano podano mi oksytocynę, mimo bolesnych skurczów rozwarcie wcale się nie powiększało. Moim największym błędem podczas tego porodu była prośba o podanie znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie zadziałało na mnie najlepiej. Fakt, że przestałam odczuwać ból, a o to przecież chodziło. Ale tak mnie ten środek znarkotyzował, że około 10 rano zasnęłam. Później było kolejne wywoływanie skurczów. Szło opornie i długo, a ja prawie nic nie czułam. Położna musiała mi mówić kiedy mam przeć, bo nawet tego dobrze nie czułam. Myślę, że przez to poród przebiegł dłużej, a parcie nie było zbyt efektywne. Nie czułam niczego od pasa w dół, ale najważniejsze, że skończyło się dobrze dla nas obojga.

CIĄŻA II

W drugą ciążę zaszłam nadspodziewanie szybko, bo już 4 miesiące po porodzie. Przytyłam trochę mniej, bo 12kg-nie zdążyłam zrzucić ich po poprzedniej ciąży. Ale pozytywy były takie, że mimo obaw, że to za wcześnie, że nie doszłam do siebie, mdłości i wymioty mniej mi dokuczały, krócej i nie były aż tak intensywne. Nadal intensywne zapachy dawały się we znaki, ale jednak już nieco mniej. Mój organizm lepiej zniósł tę ciążę, co nie zmienia faktu, że chyba faktycznie byłam zmęczona po poprzedniej. Nie tryskałam nadmiernie energią z tego co pamiętam. Do tego karmienie, które musiałam przerwać i wyrzuty sumienia z tym związane. Chciałam karmić pierwsze dziecko dłużej, ale lekarz stanowczo odradzał.

Poród II:

W przeciwieństwie do pierwszego porodu o czasie prawie co do dnia, córeczka nie zamierzała się wydostać i była w brzuchu 8 dni dłużej. Dorosła też do pokaźnych 4100kg. Udało się urodzić siłami natury z pomocą Dolarganu dożylnie. Czułam się po nim ospała i chyba nie do końca świadoma. Nie pamiętam nawet momentu, kiedy położona mi ją na brzuchu. Za to bardzo dobrze pamiętam szycie. Zarówno przy pierwszym jak i drugim porodzie nie obeszło się bez nacięcia. Jednak to szycie było bardziej bolesne niż cały poród. Z trudem utrzymałam się na łóżku.

CIĄŻA III

Zakończyła się u mnie niepowodzeniem. Serce nie biło już w 8 tygodniu. Zakończyła się w szpitalu zabiegiem łyżeczkowania. To był nasz drugi syn-Henryk. O sercu mamy po stracie na pewno znajdzie się miejsce na osoby wpis. To doświadczenie nauczyło nas o wiele bardziej doceniać to co mamy, wartość naszego zdrowia i życia. Zawsze z nostalgią wspominamy tamte dni, ale i z wielką tęsknotą.

CIĄŻA IV

Dość szybko, bo 4 miesiące po poprzedniej. Czułam się bardzo dobrze i przytyłam niewiele, bo niecałe 11kg. Mdłości były już naprawdę niewielkie. Jedyne co pamiętam z tej ciąży to potworny ból krzyży po 7 miesiącu. Chyba w żadnej ciąży nie miałam aż takich problemów z poruszaniem się. Rozważałam zakup kul ortopedycznych, bo rano nie mogłam dosłownie wstać.

Poród III

Pamiętam, że zaczął się regularnymi skurczami w dzień Wszystkich Świętych. Po dotarciu do szpitala akcja skurczowa ustała. Jednak ze względu na pozytywny wynik GBS przed porodem szybka akcja nie była wskazana. Znów przyszło nam poleżeć na sali porodowej około 5 godzin do podania dwóch dawek antybiotyku. Gdy podano drugą około 22:00 wspomagana oksytocyną zaczęłam powoli rodzić. Nie udało się jednak do północy, Laura urodziła się po 1:00 dnia następnego. Ważyła też blisko 4kg, a rodziłam bez żadnego z nieczulenia co zadziwia mnie do dziś.

CIĄŻA V

W tej ciąży czułam się bardzo dobrze, przytyłam od początku też około 12kg. Obyło się bez żadnych komplikacji. Plecy nie bolały tak jak poprzednio, a poród zaczął się delikatnymi skurczami kilka dni po terminie. Po dotarciu do szpitala akcja skurczowa ustała, a ja spędziłam spokojną noc na oddziale. Po porannym badaniu okazało się, że rozwarcie kwalifikuje mnie na porodówkę. O godz. 10:00 czekałam na męża na łóżku porodowym, lekarz ok.12:00 przebił błony płodowe, a później to już poszło dosyć szybko i po 14 trzymaliśmy już naszą Rozalkę w ramionach.

PODSUMOWANIE:

Podsumowując muszę przyznać, że zostałam potraktowana dosyć łagodnie przez matkę naturę. Każda ciąża inna, każdy poród również i każdy dosyć pamiętam, a jak będzie teraz? Sami nie możemy się doczekać:)

Tendencja jaką mogę zauważyć na własnym przykładzie jest taka, że z każdą kolejną ciążą jest mi jakoś łatwiej i pod względem psychicznym przede wszystkim. Pozytywne nastawienie i jak najmniej stresu to jest to, co może pomóc uchronić się przed nadmiernym szukaniem nieprawidłowości.

Muszę również w tym miejscu podkreślić, jak wielką i ważną rolę ma położna podczas porodu. Atmosfera i to jak jesteśmy zaopiekowane na sali porodowej naprawdę robi różnicę. Ja miałam to szczęście, że trafiałam naprawdę dobrze, a najlepiej chyba wspominam poród Rozalki, bo był najkrótszy i wtedy właśnie udało się uniknąć nacięcia. Bardzo miła to była odmiana. Jednak to dobrodziejstwo musiałyśmy odpłacić tygodniem spędzonym w szpitalu ze względu na zakażenie u Rozalki.

A Wy jakie macie doświadczenia w tym temacie? Podobne do moich czy inne? Jestem bardzo ciekawa.

AKTUALIZACJA 12.11.2020:

Poród V

Podobnie wtedy gdy rodził się Franek i tym razem akcja rozpoczęła się odejściem wód. I muszę przyznać, że to najwyraźniej nie jest korzystna dla mnie opcja: o wiele większy ból i silniejsze skurcze, poród bardziej bolesny i wcale nie szybszy.

Cały dzień przed porodem (08.11) czułam, że coś święci: nieregularne skurcze, osłabienie, chciało mi się spać, do tego się przeziębiłam. Po dosyć intensywnym dniu (urodziny męża, tort, dobry obiad-jakżeby inaczej:) zasnęłam około 23:30. Ale mój sen nie trwał długo, bo już po godzinie obudziłam się nie mogąc zasnąć. Tak chodziłam po domu, siadałam i wstawałam, w końcu wzięłam prysznic, a po 2:00 pękł pęcherz…

No to już nie ma wyjścia: przeziębiona, z zatkanym nosem muszę jechać do porodu. A tak liczyłam na to, że zdążę się wykurować.

Czas dzwonić po transport: tu z pomocą przyszła teściowa i zawiozła mnie niczym marsylijski taksówkarz prosto do szpitala Św. Rodziny w Poznaniu. Przez całą drogę (40 minut) odczuwałam jednak niemały dyskomfort, modląc się żebym nie dostała skurczów partych.

Przed 4:00 nad ranem dojechałyśmy. A na miejscu jakżeby inaczej: całą godzinę spędziłam na Izbie Przyjęć wypisując stertę dokumentów i skręcając się od nasilającego bólu. O 5:00 weszłam na salę przedporodową. Podano mi antybiotyk w kroplówce (brak wyniku GBS) i leżałam 2 godziny ze skurczami co 10 minut. Tak czekałam na zmianę szpitalnej warty, bo wiedziałam, że o 7:00 zaczyna dyżur ciocia Dawida – położna, która towarzyszyła mi lub asystowała zdalnie przy wszystkich moich porodach. Tak było i tym razem z czego niezmiernie się cieszę.

Przeszłam na salę porodową i od razu wskoczyłam pod prysznic – ogromna ulga. Skurcze się wzmagają, trwają po półtora minuty, ale rozwarcie nie postępuje. Już po 8:00 zaczyna brakować mi tchu, spędzam sporo czasu na piłce. Przed 9:00 druga dawka antybiotyku, moje myśli wędrują do momentu narodzin, ale ten jeszcze długo nie nadchodzi…

O 11:00 czuję zrezygnowanie, przed oczami mam cesarkę, opadam już z sił i nadziei, że dam radę, skurcze męczą coraz bardziej, ale Kamila zagrzewa mnie do walki i dopiero pod wpływem leków rozkurczowych czuję, że główka się wstawiła: nadeszły wyczekane skurcze parte! Ból był ogromny, praktycznie nie mogłam się ruszyć i trudno mi było oddychać, ale po 10-15 minutach usłyszałam pierwszy krzyk Sylwestra – wielka radość i wzruszenie!

Mimo, że urodził się miesiąc wcześniej, dostał 10 punktów Apgar i radzi sobie bardzo dobrze.

Niemniej jednak czeka nas trochę więcej pracy z powodu wcześniactwa Sylwka (36 tydzień ciąży).

Jest to nasze kolejne wyzwanie i nowe doświadczenie, ale jesteśmy wdzięczni, że możemy być już razem!

Mam nadzieję, że tym wpisem obaliłam mit, że każdy kolejny poród jest łatwiejszy, szybszy, idzie jak z płatka.

To nie prawda!

Choć bardzo bym chciała żeby tak było!:)

Wymęczyli mnie nasi chłopacy, ale było warto!:)

Podzielcie się jak było u Was! Czy kolejne porody były w Waszym odczuciu „łatwiejsze” od pierwszego?

Paulina Foedke