Porównując siebie sprzed pierwszej i drugiej ciąży spisałam 10 najważniejszych rzeczy, których nauczyło mnie macierzyństwo i wielodzietność. Kolejność jest przypadkowa.

  1. Jeszcze lepszej organizacji. Jeśli przypomnę sobie czasy szkolne i studenckie i zestawię z tym ile obowiązków mam teraz jako mama niebawem piątki dzieci to myślę sobie, że ja to się jakoś wielce nie przemęczałam w tamtych czasach:P Pomagałam przy młodszym rodzeństwie, a i owszem, miałam czas na swoje hobby. Wydaje się, że byłam dosyć zorganizowana, ale teraz wiem, że można być o wiele wiele bardziej. Wszystko zależy od tego jaką mamy sytuację, bo człowiek; na szczęście; dosyć łatwo dostosowuje się do nowych realiów i w razie potrzeby potrafi wskoczyć na naprawdę wysoki poziom potrzebnych umiejętności. Gdyby kiedyś ktoś mi powiedział, że będę miała czwórkę małych dzieci i będę spinać codzienną organizację domu praktycznie w pojedynkę to pewnie bym się zaśmiała ze stwierdzeniem, że to raczej mało prawdopodobne – a jednak!
  2. Doceniania mojej wartości jako kobiety i mamy. To akurat zajęło mi więcej niż 3 czy 4 lata. Do niedawna jeszcze miałam poczucie, że gdy pracuję w domu, czyt. „siedzę” w domu z najmłodszym dzieckiem, nie pracuję zawodowo to jestem mniej warta, niż kobiety pracujące na etacie czy prowadzące własne biznesy. Ulegałam presji społeczeństwa, które mam wrażenie w znakomitej większości umniejsza rolę nas – mam pracujących w domu. Dla wielu jesteśmy leniami zasłaniającymi się maluchami w domu. Podejście do tej sprawy pomaga właściwie cały czas zmieniać mój mąż, który otworzył mi oczy na to, że to jest ogromna wartość. Nie da się jej zmierzyć teraz, na efekty trzeba będzie poczekać, ale to on daje mi właśnie takie poczucie, że moja praca wcale nie jest gorsza, czy ma mniejszy sens, wręcz odwrotnie, że wychowuję przyszłe pokolenie, wkładam w to mnóstwo swojej energii i wysiłku. Uczę się też tego czego żadne prestiżowe szkolenia nie nauczą: miłości. Zarządzam tą niewielką firemką, która nazywa się rodzina, dbam o potrzeby wszystkich jej członków i o to jacy ludzie z tej naszej rodziny pójdą za x lat w świat.
  3. Elastyczność kobiety gumy. Rozciąganie w sensie fizycznym to zdecydowanie nie moja domena. Nauczyłam się natomiast przez te kilka lat rozciągać kilka rzeczy takich jak: domowy budżet, czas, dzienny limit energii, cierpliwość, czy siebie pomiędzy potrzeby swoje, a najmłodszego dziecka.
  4. Wdzięczności. Tutaj mogłabym napisać cały elaborat. Kiedyś byłam istnym niewdzięcznikiem, wciąż było mi mało i mało. Moje utopijne dążenia zakończyły się gdy urodziłam trzecie dziecko. Od tamtej pory, przy natłoku obowiązków i dosyć intensywnym życiu nauczyłam się cieszyć ze wszystkiego. Z tego, że mamy zdrowie, siebie, dom i środki do życia. Tak zostało do dzisiaj i w tym się doskonalę;)
  5. Umiejętności proszenia o pomoc. Tego nie potrafiłam przez długi czas. Wydawało mi się, że proszenie kogoś o pomoc jest wyrazem mojej słabości i tego, że sobie nie radzę z własnymi obowiązkami. Jakie to było zgubne myślenie! Teraz na szczęście się to zmieniło i dojrzewam do tego, że nawet zatrudnienie raz czy dwa razy w tygodniu opiekunki/pomocy na kilka godzin wcale nie jest ujmą, czy oznaką bezradności.
  6. Pozbyłam się wyrzutów sumienia gdy zostawiam dzieci pod czyjąś opieką. Permanentnie od siedmiu lat jestem w takiej sytuacji, trochę z wyboru, trochę z przymusu, że dzieci zostawiam i wychodzę głównie wtedy, gdy naprawdę muszę (wizyta u lekarza, sprawy urzędowe, ślub, wesele). Kiedy moja psychika tego potrzebuje, wskakuje w samochód i jadę gdziekolwiek: na spacer do lasu, w odwiedziny do rodziców, czy do miasta pochodzić po sklepach: mąż to rozumie i wie, że raz na jakiś czas sprawia mi to frajdę. W stanach głębszej chandry po prostu najzwyczajniej w świecie pochodzić i popatrzeć na witryny sklepowe, przymierzać ciuchy. Jest jednak znacząca różnica w tym pozostawianiu dzieci. Kiedyś miałam wyrzuty sumienia i pędziłam do domu jak najszybciej, teraz napawam się chwilą i wcale mi się nie spieszy;) Wiem, że mają dobrą opiekę, a ja w tym czasie spokojnie mogę załatwić swoje sprawy, czy czasem odwiedzić przyjaciółkę na ploty.
  7. Radość z małych przyjemności. Nie twierdzę, że kiedyś nie cieszyło mnie nic, cieszyło, owszem, ale wyjście do kawiarni na ciacho czy spokojne obejrzenie filmu w erze sprzed dzieci było normą i nie wymagało aż takiej organizacji. Teraz spokojny poranek, wypicie ciepłej kawy, bez wstawania co minutę już jest mega przyjemnością i czystą radością dla mnie! A luksus przeczytania książki czy pisanie tego tekstu, bez dzieci na kolanach i wokół mnie? Bezcenne!
  8. Sztuki negocjacji. W tym nigdy nie byłam dobra. Z reguły przyjmowałam postawę wycofaną, nie walczyłam o swoje, godziłam się z tym co ktoś mi narzuci lub zaproponuje, byle nie wszczynać konfliktów. Nie można mnie było nazwać osobą ugodową: ja byłam wprost uległa do granic możliwości! I to z perspektywy czasu było bardzo złe. Negatywnie odbiło się na moim życiu. Mogłam o wiele więcej osiągnąć i być w zupełnie innym miejscu, niż jestem teraz. I mówię to ja: absolwentka zarządzania, gdzie umiejętność negocjowania ceni się bardzo wysoko. To jest nam potrzebne nie tylko w życiu zawodowym, ale przede wszystkim osobistym. Ważne żeby nie dać sobą sterować innym. To jest właśnie ten punkt: ASERTYWNOŚĆ z zajęć wychowawczych. Moim zdaniem podstawa do tego żeby rozwijać umiejętności negocjacyjne.
  9. Sztuki kompromisów. Bardzo mocno wiąże się z punktem poprzednim, z niego właściwie wychodzi. Nie ma i nie będzie dobrych kompromisów, bez umiejętności negocjacyjnych. Oczywiście można na początek licytować na zasadzie: Ja umyję podłogę, ale Ty za to dziś wynieś śmieci. Często taka prosta umiejętność w codziennym życiu wystarczy do pewnego momentu. W życiu małżeńskim jednak to już zdecydowanie za mało. Trzeba być bardziej otwartym, to praca na żywych organizmach. Dobierać słowa tak, żeby trafić w sedno, a drugiej strony nie urazić, wytłumaczyć o co dokładnie nam chodzi. Ach te życiowe meandry…
  10. Stawiania granic. Teraz mogę to śmiało powiedzieć. Choć nie zawsze mi to super wychodzi, szczególnie gdy najmłodsze córki wołają o trzecią butelkę picia w ciągu pół godziny. Ale tak ogólnie jest coraz lepiej. Nie pozwalam już na wizyty kolegów i koleżanek naszych dzieci, gdy jestem zmęczona, nie ulegam wszystkim szalonym pomysłom jakie mają nasze dzieci. Myślę, że to też jest fundament udanego życia w ogóle. Stawianie granic tam, gdzie kończą się nasze siły, chęci i możliwości. Dotychczas robiłam dla dzieci bardzo dużo, nie przesadzę jeśli powiem, że za dużo. Wielodzietność otworzyła mi oczy na to, że ja też mam swoje prawa, należy mi się szacunek, tak samo jak im i jeśli nie będę stawiać granic tej małej ferajnie, wychowam nie kogo innego jak samolubnych i egoistycznych ludzi. Nauczyłam się, że muszę przede wszystkim szanować własne potrzeby, dopiero później potrzeby reszty. Bo jaka może być mama głodna, zaniedbana i bez chwili ciszy w ciągu dnia?

Mnie macierzyństwo zmieniło bardzo. W mojej ocenie na lepsze. Nie jestem już tą samą Pauliną sprzed 8 lat. Jestem ciekawa czego Was nauczyło rodzicielstwo w ogóle? Co w sobie zmieniliście? Piszcie w komentarzach.

Paulina Foedke